Pogoda piękna, dzień wolny, postanowiliśmy pobiec trochę później i trochę dłużej.
Na starcie stawił się Wojtek i ja. Grupa to juz chyba przeszłość. Potwierdziliśmy kontrakt na 90 minut i ruszyliśmy w drogę.
Wojtek objuczony, ja po śniadanku, zapowiadał się fajny, spokojny cross, ale teraz sobie myślę że już od samego początku coś nie grało.
Próbowałem skierować nas w głęboki wąwóz przy Przęsocinie, ale co rusz omijając błoto i krzaki ominęliśmy i ten wąwóz.
Wreszcie wpieprzyliśmy się w błotnistą przecinkę przeganiając stado dzików. Po chwili znaleźliśmy się w małym mateczniku, gdzie przedzierając się przez krzaki natknęliśmy się na ukrytą tam dziką świnię. Musiała słyszeć nas jak się zbliżamy i czekała tam w bezruchu. Zerwała się dopiero jak Wojtek o mało nie przebiegł po niej. Przecięła z 1,5 metra od moich kolan, wydarłem się wtedy w niebogłosy. Podejrzewam że świnia ogłuchła od okrzyku Tarzana i kto wie, może dalej tak leci ogłuszona... Rozbawieni tym zdarzeniem pomknęliśmy sobie dalej.
W niepozornym miejscu, nie mam pojęcia jakim cudem nastąpiłem na leżący sękaty pniak, jeden z dłuższych sęków sterczał sobie pionowo i pech chciał że trafiłem na niego. Przebił, podeszwę, wkładkę, skarpetę no i stopę rzecz jasna. Ból, krew, szkoda gadać. Miejsce dziwne, resztki szkieletu chyba sarny z czaszką. Przypomniałem sobie wtedy rozmowę z Adamem że dziw iż na tyle biegów nie trafiliśmy jeszcze na nic takiego, a tu proszę jest.
Noga pewnie się zagoi, chociaż boli teraz jak diabli, chodzić na niej się nie da i patrzę, że jak siedzę i mam ją na dół to cieknie z niej. Asicsy się w tym miejscu rozpękły, czas na nowe buty.
Po oględzinach rany założyłem podziurawioną skarpetę i buta i ruszyliśmy dalej. Biegło sie już mniej komfortowo. Czułem ze w bucie lepko i mokro się robi i powoli zaczynało mnie boleć. Wbiliśmy się w dwójkę i skierowaliśmy w stronę aut. Po drodze zahaczyliśmy o Górkę Prawdy. Minęliśmy miejsce gdzie Wojtek kiedyś wykonał snake,a - czyli skok szczupakiem w piach (ktoś upamiętnił to miejsce kopczykiem) i nagle rozległ się odgłos ni to kopniaka w pniak ni to trzask łamanej gałęzi, a potem na cały regulator: ałłaaa, alłaaaa... chociaż teraz myślę że to było: Allach, allach ....Odwracam się i widzę Wojtka klęczącego z czołem przy ziemi (skierowany na wschód !). Przypomniał sobie zaraz, ze nie jest sam i zmienił mantre na: Boże, o Boże, o Święty Boże ...
Tego było już wiele, pokuśtykaliśmy do aut i bez rozciągania pojechaliśmy sobie do domu. Szkoda że ni emieliśmy aparatu.
Jutro basen wstępnie na 7 - jeśli będzie czynny (sprawdzę dziś i napiszę) - weekend do ustalenia.
Widzę, że muszę jednak zatrzymać krwawienie.
J