Dzisiejszy bieg to kwintesencja wszystkiego co najlepsze w puszczy.
Stawili się Wojtek, MPG i ja. Powitało nas znajome ku… z otwierających się drzwi czarnego grzechotnika.
Mirek chciał w krzaki, a Wojtek w lewo i w lewo. I znowu w lewo. Dążenie do biegania w lewo u Wojtka jest tak obsesyjne jak uganianie się psa za własnym ogonem. Wreszcie za przyzwoleniem Wojtka skręciliśmy w prawo, na nieszczęście na ostry podbieg w okolicach Górki Prawdy. No i prawda wyszła na jaw. Zaczęło się sapanie, a nasz 3-osobowy peleton rozerwał się jak stare gacie. Poczułem potworny ból w klatce piersiowej i strach przed powikłaniami nie zaleczonego jeszcze zapalenia oskrzeli. Odechciało mi się biegać i zacząłem żałować, że nie zostałem w domu. Na szczęście Wojtek ciągle zmęczony i ciągle głodny poparł mój wniosek natychmiastowego powrotu do aut. Wracaliśmy sobie drogą wolniutko. Ponoć wg Garmina wyszło tego dramatycznego biegu około 8km. Jak powiedział MPG zawsze to lepiej niż nie biegać wogóle.
Plan na jutro i weekend jest następujący:
Pt – biegam u siebie, W pauzuje, odpoczywa i je.
Sob – biegamy po lesie (nie po krzakach) z pętli, czyli dłuższe wybieganie po duktach – może nawet jeziorko. Proponowany start 7.00 - (kto by spał tak długo)
Nd – rower, pętla 58km via Germany, start z Głębokiego również o 7.00
Adam, sorka jutro na rower dla mnie jeszcze za wcześnie.
Jestem chory i ewentualnie tylko lekko pobiegam u siebie.
J


